[Muzyka] Recenzja: Róisín Murphy „Róisín Machine”

W przypadku Róisín Murphy nigdy nic nie jest oczywiste. Powróciwszy po latach ciszy, najpierw stwierdziła, że nikt nie zmusi jej do nagrania kolejnej popowej płyty, potem wydała dwa dosyć średnie albumy, tylko po to, aby wreszcie powrócić w wielkim tanecznym stylu. Jednak nawet ta taneczność to do pewnego stopnia zamierzona ściema, rytm utrzymany w średnim tempie i chwilami dosyć gorzki klimat.





„Ten album został zaprojektowany jako jeden wielki dźwiękowy krajobraz; każdy utwór wmiksowuje się tu w kolejny. Jest reprezentacją tego, w jaki sposób tworzę muzykę – nic nigdy nie jest naprawdę skończone”, mówi Róisín oddając album w ręce fanów. Fanów, których wieki po zakończeniu Moloko i 13 lat po „Overpowered” jest w dalszym ciągu zaskakująco dużo. „Czuję, że moja historia nie jest jeszcze opowiedziana”, stwierdza wokalistka otwierając „Machine” słowami, które są jak glitter na dyskotekowej kuli. Błyszczą tylko po to, aby chwilę później rozmyć się w smutnym dyskotekowym rytmie.

Jest w tej płycie coś, co wymusza silne sentymenty. Być może dlatego, że dawno już nie było tak dobrze w róisínowym świecie, a porównania do najlepszych momentów sprzed lat narzucają się same. Tuż po otwierającym całość „Simulation”, popadamy więc w „Kingdom Of Ends”, taneczny utwór bez beatu z potężną dawką pozbawionych ujścia emocji. A dalej jest już tylko lepiej i zgodnie z zapowiedzianą definicją albumu, nic nigdy nie jest naprawdę skończone. Wersje znanych już utworów przelewają się tu w utwory do tej pory nieznane, a wszystko łączy się ze sobą w jednolitą, muzycznie spójną historię, która nie ma ani początku, ani końca. Genialne „We Got Together” płynnie przechodzi tu w znaną już z otwarcia płyty mantrę, sprawiając, że „Murphy’s Law” błyszczy w zupełnie nowy sposób. Świetne wrażenie robi też „Something More”, nie wspominając już o finale płyty, gdzie „Narcissus” i „Jealousy” rozsadzają nastroje gwałtownie rosnącą temperaturą.





Gdyby nie COVID miałbym już pewnie bilety na koncert. Mając na swoim koncie jeden show Moloko i z pięć solowych występów samej Róisín dosłownie czuję w kościach, że wersje live nowych piosenek rozwaliłyby każdą salę koncertową. Nie ma tu słabych momentów, a wszystko rozwija się genialnie, jak w dobrze naoliwionej muzycznej maszynie. Usłyszeć Róisín w takiej formie powinno być celem samym w sobie, czy to na żywo, czy w zaciszu domowych słuchawek, bo dać uwieść się podobnym rytmom to przyjemność, która zaskakuje niepowtarzalnym smakiem niestety coraz rzadziej.



Photo: materiały prasowe

8 thoughts on “[Muzyka] Recenzja: Róisín Murphy „Róisín Machine”

  1. Przesłuchałam kilka utworów, wydają się fajne, ale kurczę, jakoś mi nie podchodzą. :/ Może za którymś razem z kolei się z nimi oswoję. Jak na razie u mnie berło królowej disco 2020 dzierży Jessie Ware. 😉
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam.

    Liked by 1 person

    1. Zgadzam się, że “Simulation” mogłoby być krótsze, no bo ile można, ale reszta piosenek ma sensowne długości i, co najważniejsze, uzasadnione.

      Like

  2. Myślałam, że w kategorii “kobieta + muzyka taneczna” wygrała w tym roku Jessie, ale chyba jednak RM bardziej mi się podoba. Ciężko tu choć minutę uciąć.

    Nowy wpis (też Roisin :D) na the-rockferry.pl

    Liked by 1 person

  3. Mnie trochę “We Got Together” zmęczyło, muszę przyznać. Nie planuję raczej sięgnąć po całą płytę, ale nie mówię stanowczego “nie” 😉
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s