[Muzyka] Death by Jazz: The 1975, Leifur James, Pearl De Luna

steve-harvey-697232-unsplashDziś wyjątkowo monotematycznie, ale deszczowa pogoda za oknem wywołuje we mnie ducha minionej jesieni, w czasie której malretowałem się jazzem i soulem, bo tak mi było fajnie. Poniżej kilka niezłych kawałów na tegoroczną pluchę.

 

 

The 1975 „Sincerity is Scary”

Nigdy nie przepadałem za The 1975 i chyba dalej nie do końca nie przepadam, ale coś się we mnie ruszyło kilka dni temu, po usłyszeniu tej piosenki. Od świetnego tytułu, po muzyczne brzmienie i genialny refren, kupuję „Sincerity is Scary” w całości. Delikatne jazzowo-soulowe nutki w tle to już tylko czysta przyjemność. I bardzo bym chciał, żeby „Sincerity…” królowało gdzieś chociaż na jednej liście przebojów, aby przywrócić moją wiarę we współczesną muzykę.

 

 

 

Leifur James „Mumma Don’t Tell“

„Mumma Don’t Tell“ to klimat rodem z Krainy Deszczowców. Odległy, nasycony echem wokal buduje drżące napięcie, które uwalnia się przy pomocy fortepianowych wstawek, niczym jesienne krople spadającego deszczu, lekko przeziębione i pozbawione letniej tymczasowości. Nie, te krople zostaną już z nami na kolejne chłodne miesiące. Leifur James sprawnym ruchem otwiera drzwi spadającym liściom i wprowadza nas w świat gorących herbat i grzanego wina. Tak właśnie, w sposób nadzwyczajnie nasycony jazzową poezją, witam dzisiaj zbliżającą się jesień.

 

 

 

Pearl De Luna „London Lullaby”

Nie wiem, ile osób wytrzyma taką dawkę skondensowanych jazzowych klimatów, ale mam nadzieję, że czytasz dalej. „London Lullaby”, czyli londyńska kołysanka, to już prawdziwy listopad. Z uspokojającą perkusją, która kojarzy mi się z triphopem i pewną monotonną, rozbujaną, monochromatyczną jakością, która otwiera oczy mojej wyobraźni na wzburzoną zawieruchę, ulewne deszcze i ciepłe światła zapachowych świec. Dajcie mi koc i książkę, bo już się nie mogę doczekać tych długich wieczorów.

 

 

 

Photo: Steve Harvey / unsplash

9 thoughts on “[Muzyka] Death by Jazz: The 1975, Leifur James, Pearl De Luna

  1. Ja zaś za The 1975 przepadam! Nowe single jakoś średnio do mnie przemawiają, aczkolwiek ten, o którym wspomniałeś jest zdecydowanie najlepszy. Po raz pierwszy chyba chciało mi się ponownie odtworzyć kawałek i faktycznie, wyróżnia się na tle pozostałcyh piosenek zespołu.

    Liked by 1 person

  2. The 1975 zaskoczyli mnie tym utworem, i to jakże pozytywnie, bo dotychczas nie wyobrażałam sobie ich w podobnej stylistyce. Moi faworyci z tego wpisu. Ale podoba mi się też “Mumma Don’t Tell” – ma świetny klimat, aż przechodzą dreszcze.
    Zapraszam na nowy wpis, pozdrawiam 🙂

    Liked by 1 person

  3. Trochę mnie śmieszy to takie gadanie: “Nie mogę się doczekać jesieni, kocyka, herbatki i ciekawej książki”, szczególnie że tak teraz brzmi co drugi post na moim Twitterze. 😀
    Najbardziej podoba mi się “Mumma Don’t Tell”, a szczególnie późniejsza część. “London Lullaby” ma rzeczywiście klimacik. Najmniej podoba mi się “Sincerity is Scary”, to takie pobrzdękiwanie na raz. 😉
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam.

    Like

  4. „Sincerity is Scary” – The 1975 to jeden z tych zespołów, które po prostu słucha się TYLKO i WYŁĄCZNIE wieczorową porą. Za kilka świetnie brzmiących nocą kawałków bardzo szanuję. „Sincerity is Scary” jakoś specjalnego na mnie wrażenia nie wywołało, choć te chórki a’la gospel mnie urzekły. Generalnie refren jest w porządku 😛

    „Mumma Don’t Tell“ – takie numery docenić chyba mogą tylko koneserzy jazzu. Choć w sumie nie jest tak, że ja tego numeru nie doceniam. Lubię jazz, ale może nie ten akurat numer. Kurczę, to nie tak, że mi się nie spodobał. Niech mi ktoś załączy ten kawałek podczas kolacji w fajnej restauracji albo w jakimś klimatycznym barze z piwem. O! tak bym to widział 🙂

    „London Lullaby” – kawałek na deszczowe dni – taka pierwsza myśl. Fajny wokalik, ale jako całość to tak jak z poprzednim numerem.

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

    Liked by 1 person

    1. Okej, tylko żeby nie było, że jestem jakimś jazzowym purystą 😉 Nie zamęczam się jazzem codziennie, jedząc przy tym oliwki nadziewane anchois. Po pierwsze dlatego, że anchois nie znoszę, a po drugie, aż tak pretensjonalny nie jestem, ha ha 🙂
      Takie utwory, jak te powyżej, zarezerwowane są na niektóre dni, bardziej wieczory, i akurat kilka dni temu jeden z nich mi się przydarzył 🙂

      Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s